Język polski jest niesamowicie, nieprawdopodobnie wręcz bogaty w różnego rodzaju przekleństwa. Różnorodność i fantazja jest w naszym języku – powiedziałabym – ułańska! Ciągle jeszcze potrafi mnie zaskoczyć jakaś nowa konfiguracja słów i muszę przyznać, że niektóre są naprawdę mega zabawne:-) Przekleństwa dzisiaj nie kojarzą się już ze środowiskami patologicznymi, choć oczywiście wszystko zależy od całej wypowiedzi, tonu głosu, tematu itd. Nikogo nie dziwi rozmowa dwóch biznesmenów, profesorów, poruszających ważne tematy i w każdym zdaniu pojawiają się przekleństwa. Takie sytuacje są „normalnością” na oficjalnych spotkaniach i nikt się temu nie dziwi.

No i oczywiście dokładnie tak samo robiłam, a im bardziej napięta sytuacja, albo spotkanie, podczas którego dyskutowany był tzw. ciężki temat, tym większa kreatywność słowna:-) Nawet wzajemnie się wszyscy nakręcaliśmy, no bo to tak fajnie pogadać, wspólnie ponarzekać, a przy tym siarczyście sobie zaklnąć. 

Od prawie dwóch lat nie przeklinam, zdarza się to bardzo, bardzo rzadko. Nie przeklinam ponieważ nie chcę tego robić, tak wybrałam i jest mi z tym dobrze. Czuję, że dzięki temu nie nakręcam się niepotrzebnie, nie wchodzę w taki stan, który nazwałabym dręczeniem samej siebie. Zauważyłam, że jestem dzięki temu zdrowsza, a także, że omija mnie wiele sytuacji w pracy, które kiedyś trafiały do mnie i powodowały frustrację, ktoś obarczał mnie swoją złością, niezadowoleniem, wkurzeniem, pretensjami, że coś się nie wydarzyło, albo, że ktoś nawalił. Te osoby przestały zwracać się do mnie z takimi tematami, dlatego, ponieważ nie wchodzę w to nakręcenie, nie podtrzymuję tego tonu rozmowy, nie dmucham w balon, żeby eskalować temat. A wiadomo, że jeśli rozmowa z drugą osobą nie utwierdza nas w tym, że dobrze robimy czy myślimy, to w zasadzie jest koniec rozmowy.

Dzięki temu dociera do mnie mniej ploteczek i informacji o różnego rodzaju aferkach, ale jakże więcej czasu mam na swoje sprawy i jakże dobrze wpływa to na moje samopoczucie! Moje zdrowie jest dla mnie najważniejsze, poczucie, że jestem w równowadze, w zgodzie ze sobą. Czasami może to być trudne, przebywając w określonym środowisku mimowolnie przybieramy podobny tok myślenia, mówienia, postępowania, ale po to właśnie potrzebujemy naszej podróży do równowagi, żeby mieć ten swój wewnętrzny filar, tę swoją wewnętrzną moc, która powoli nam być sobą niezależnie od wpływu otoczenia. Nasze otoczenie może różnie reagować, bądźmy na to gotowi, nie przejmujmy się, słuchajmy siebie i bądźmy w zgodzie ze sobą.

Często piszę o tym, że na naszą równowagę wpływa wiele aspektów, staram się poruszać wiele z nich, zapraszać osoby, które podzielą się swoją energią, swoimi sposobami na dążenie do równowagi. Nigdy nie narzucam swojego toku myślenia, ani sposobów na życie, sama też bardzo nie lubię, gdy ktoś przemawia do mnie mentorskim tonem – jeśli zauważycie to u mnie, to bardzo proszę o znak! Chodzi o to, aby poszukiwać, inspirować się i wybierać to, co dla nas najlepsze, z czym my dobrze się czujemy.

Przeklinanie, a właściwie nie przeklinanie jest dla mnie jednym z takich sposobów na równowagę. W końcu jesteśmy także tym co mówimy, myślimy, nie tylko tym co jemy i pijemy. Zatem jeśli wypowiadam wulgarne słowa, to one tam we mnie siedzą, a ja im dziękuję bardzo, nie zapraszam do swojego życia. Jest także wiele teorii o pamięci wody, a my w ok. 70% składamy się właśnie z wody, pijemy ją, kąpiemy się, woda otacza nas z każdej strony. Zatem jeśli faktycznie tak jest, że woda ma pamięć, to te wszystkie wulgaryzmy rezonują w nas, falują, jesteśmy tym. Chcemy? Na pewno nie!

Te przypuszczenie nie są oficjalnie nigdzie uznane, ale ja wierzę, że tak jest. W ogóle wierzę w różne rzeczy, które nie są udowodnione i uznane, ale czuję, że są prawdziwe, sprawdzają się, a jeśli z czymś się dobrze czuję, to znaczy, że jest to dla mnie dobre. I tego się trzymam:-)