Nie wiem co mnie napadło, ale od kilkunastu dni znowu codziennie piję kawę. Przestałam ją pić w 2019 roku, w kwietniu, po wizycie u lekarza medycyny chińskiej. Wtedy odstawiłam kawę po prostu natychmiast. Zresztą wiele innych produktów także:-) Było mi z tym bardzo dobrze, to był też moment, kiedy zaczęłam zwracać uwagę na to co jem – mój pierwszy krok w kierunku dbania o siebie „od środka”. 

W zasadzie kawa nigdy mi nie smakowała. Mimo to piłam codziennie, zawsze z mlekiem, kiedyś zwykłym krowim, pózniej krowim bez laktozy. Piłam tę kawę z przyzwyczajenia, taki rytuał, jak wiele osób pewnie. Wcale się po niej dobrze nie czułam, miałam wzdęty ogromny brzuch, mimo, że czułam głód to nie byłam w stanie długo po wypiciu kawy nic zjeść, czasami nawet przez kilka godzin. Sama na próbę odstawiłam kawę i okazało się, że czuję się dobrze! Oczywiście to nie sama kawa powodowała złe samopoczucie, ale głównie krowie mleko, które nie jest dla człowieka tylko dla cielaczka.

Później, gdy zaczęły się moje kolejne problemy zdrowotne, to zalecenie odstawienia kawy nie było dla mnie wyzwaniem. Zresztą, to był taki czas, że oddałabym wszystko, aby lepiej się poczuć, więc taka kawa to był pikuś! I wszystko sobie fajnie szło, aż do niedawna. Wystarczyło kilka razy wypić kawkę – z mlekiem, ale roślinnym oczywiście – aby znowu w pewnym sensie się uzależnić. I teraz od kilkunastu dni piję tę kawę, znowu powrócił rytuał i jestem na siebie zła. Bo po co mi pić tę kawę? Wiem, wiem, że kawa ma pewne dobre właściwości, ale spokojnie mogę je uzyskać w inny sposób niż dostarczając sobie używkę.

Także tego. Koniec. Dziś już jest wieczór, więc i tak nie sięgnę po kawę, ale od jutra KONIEC.

Nie piję. I choćby nie wiem co, to nie. Wracam jutro do pracy po okresie świąteczno-noworocznym i może być pokusa ploteczek z dawno niewidzianymi koleżankami. Ale skoro postanawiam i tutaj piszę , w dzienniku, to jest to na 100%. Nie może być tak, że kawa rządzi mną, a nie ja ją.