– Zmień się, masz jeszcze u mnie szansę – powiedział mój mąż kładąc mi rękę na ramieniu. Drugi mąż. I wyszedł z domu z torbą, wynosząc w niej resztę swoich rzeczy.

Siedziałam wtedy na krześle na balkonie paląc jednego papierosa za drugim. Był koniec lipca, wieczór, prawie zupełnie ciemno. Byłam w kompletnej rozsypce, nie pamiętam jak długo siedziałam na tym balkonie i co zrobiłam później. Chyba napisałam do kogoś smsa. 

To był bardzo trudny moment w moim życiu. Nie wiem co wtedy czułam. Jakąś pustkę kompletną. Potworny lęk. Jak sobie poradzę sama z dziećmi w mieście, w którym nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc? Jak sobie poradzę z utrzymaniem siebie, dzieci, mieszkania zarabiając trochę ponad 2 tysiące złotych, podczas gdy rata kredytu na mieszkanie wynosiła ok.3 tysiące złotych? Syn w szkole na Mokotowie, ja bez samochodu, nie mam możliwości aby go wozić. Córka w prywatnym przedszkolu, na które mnie już dłużej nie stać. W zasadzie nie muszę dodawać – bo to chyba standard – wyprowadzony mąż nie łoży na utrzymanie dziecka. I ta myśl, że to drugie rozstanie, drugi rozwód, a moje dzieci mają innych ojców. Czułam wstyd z tego powodu i dlatego tez tak długo zwlekałam z rozstaniem się z drugim mężem. Ale przyszedł taki moment, w którym poczułam, że jeśli czegoś nie zrobię, to zniknę, zapadnę się, przestanę istnieć, nie przetrwam. Że tylko jedno z nas może przetrwać w tym związku i, że chcę to być ja. Podjęłam decyzję o rozstaniu, to była moja świadoma decyzja. Bałam się, ale czułam, że dzięki temu przetrwam. I choć decyzja była moja, to wcale nie znaczy, że czułam się wtedy wygrana, że nie było mi cholernie ciężko. Rozstanie jest zawsze trudne, nawet jeżeli jest konieczne, a decyzja jest świadoma. Coś się kończy, coś tracimy, idziemy w nowe, a nowe to niepewność. Tak wtedy myślałam. Nie byłam w stanie pracować. Lekarz skierował mnie na zwolnienie, zatem moje dochody były jeszcze mniejsze…

Byłam wychudzonym, totalnie zalęknionym, palącym papierosy kłębkiem nerwów. Nie potrafię sobie przypomnieć jak zajmowałam się wtedy dziećmi. W ogóle bardzo trudno jest mi wracać do tamtego czasu. Bardzo długo tego nie robiłam, ale od pewnego czasu jestem na to gotowa. Teraz wiem, że tamten moment, który wtedy wydawał się koszmarem, był początkiem czegoś zupełnie nowego. Nowego, którego się bardzo bałam, a dziś jestem wdzięczna za wszystko, co mnie spotkało. Minęły jednak lata, abym to zrozumiała! Dzisiaj słowa mojego wyprowadzającego się męża, które przytoczyłam na początku, opowiadam jako śmieszną historyjkę, a ludzie zarykują się ze śmiechu:-) Jedno jest pewne: zastosowałam się do jego zalecenia, zmieniłam się, i to bardzo!!! Ale teraz to już na pewno nie mam u niego szans:-):-):-) I wiecie co? Bardzo dobrze!!!:-)